Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty
16 października 2017
Zwierzęta na promocji, czyli małe co nieco o pseudohodowli
Wiele osób marzy o rasowym psie. Niektórzy pragną króliki o charakterystycznym umaszczeniu bądź budowie. Kolejni zapatrują się na dokładny wygląd i charakter swojego mruczącego przyjaciela. Czasem ludzie pragną odczuć pewnego rodzaju prestiż z powodu posiadania rasowego futrzaka. Niestety ta gonitwa o rasę często kończy się cierpieniem zwierząt. Zazwyczaj bierze się to z niewiedzy kupujących. Bądź próby ugrania jak najlepszej ceny, bez względu na pochodzenie zwierzęcia. Tak powstają pseudohodowle.
No dobrze, ale teraz warto sobie zadać pytanie czym jest pseudohodowla?
Jest to hodowla, która nigdzie nie jest zarejestrowana. Nie należy do żadnego stowarzyszenia skupiającego hodowców danej rasy - felinologicznego lub kynologicznego. Nie posiada również uprawnień hodowlanych. Przez to też nie ma możliwości wystawiania rodowodu dla młodych osobników, urodzonych w celach zarobkowych. Nie jest więc to hodowla rasowa. Zwierzęta z tego miejsca są nierasowe, a jedynie w typie rasy. Posiadają wygląd zbliżony do rodowodowych oraz charakter, ale nie wywodzą się z czystych linii. Hodowane są jedynie w celach czysto zarobkowych. Regulacje prawne natomiast zabraniają prowadzenia takiej działalności. Jest więc to nielegalne.
Po wyjaśnieniu aspektu czym w ogóle jest pseudohodowla warto zadać sobie pytanie, dlaczego ludzie tak często w nich kupują?
Psy, koty czy inne zwierzęta z takich miejsc często są po "okazyjnych" cenach. Yorki za trzysta złotych, buldogi za niewiele więcej. Ragdolle, warte u hodowcy około dwóch tysięcy, wystawiane za połowę tej ceny. Takie kwoty kuszą ludzi. Niektórzy zastanawiają się nad powodem takiej obniżki. Jednak widok zdjęć młodych zwierząt rozczula, przez co często ludzie zapominają o tym małym niuansie. Cieszy ich również fakt, że mogą umówić się z właścicielem na przyjście, zobaczenie i wzięcie.
Większość hodowców w zarejestrowanych hodowlach chce wcześniej poznać potencjalnego nabywcę. Pragną dać wspaniały dom swoim podopiecznym, więc z uwagą przyglądają się chętnym. W pseudohodowlach bardzo często człowiek przyjeżdża, płaci i bierze. Mnie osobiście kojarzy się to z supermarketem pełnym zabawek, z których wybieramy tę najładniejszą i od razu udajemy się do kasy. Różni się to od zakupu w miejscach zarejestrowanych, a przede wszystkim legalnych. Wielu przyszłych właścicieli chce mieć wcześniej wgląd do kart zdrowia rodziców, potomstwa, badań genetycznych oraz dokładnej rozmowie z hodowcą na temat temperamentu młodziaka. Następuje interakcja pomiędzy hodowcą a nabywcą. W pseudohodowlach zazwyczaj nie ma takiej możliwości. Często następuje przekazanie zwierząt z wrodzonymi wadami, nie zawsze charakterystycznymi dla danej rasy.
Te dwie cechy wydają mi się najbardziej przemawiające za tym, dlaczego niektórzy decydują się na zakup w pseudohodowli. Często też nieświadomie wybierając zło.
Ale dlaczego pseudo-hodowle są takie złe?
Wiele osób na pewno zadaje sobie te pytanie. W końcu i tu i tu mamy do czynienia ze zwierzęciem bardzo podobnym z wyglądu i charakteru. Jednak należy popatrzeć na to miejsce "od kuchni".
TEMPO ROZMNAŻANIA - bardzo często, dopiero co wchodzące w ruję kotki bądź suczki, są natychmiast dopuszczane do samców. Po urodzeniu jednego miotu szybko zapładnia się je po raz kolejny. Ma to na celu wydanie na świat jak największej liczby zwierząt. Tempo rozrodu takich samic jest zatrważające. Liczy się ilość, a nie jakość. Najważniejsze są przychody, a dopiero potem dobro fizyczne oraz psychiczne matek.
ZDROWIE - bardzo często zwierzęta przeznaczone do rozrodu są wyniszczone, wygłodzone, chore, z przewlekłymi stanami zapalnymi... Potomstwo rodzi się słabe, zarobaczone, z wadami wrodzonymi spowodowanymi przez łączenie blisko spokrewnionych osobników, np. syna z matką. Osoby, które zakupią zwierzęta w takim miejscu, muszą potem zmagać się z często kosztownym i długotrwałym leczeniem. Mogą one przekroczyć łącznie cenę za osobnika z zarejestrowanej hodowli.
WARUNKI - często w wiadomościach bądź postach służb zajmujących się dobrostanem oraz ratowaniem zwierząt widzi się zdjęcia z warunków przetrzymywania w pseudohodowlach. Żyją one w piwnicach bądź oborach. Umieszczone w klatkach, leżą i egzystują we własnych odchodach. Bez dostępu do światła, zbilansowanej diety czy stale dostępnej wody. Nie znają dobrego dotyku ludzkiej ręki. Są zestresowane, a także często agresywne.
ZAPEŁNIANIE SCHRONISK I PORZUCANIE W LASACH - takie zwierzęta, wymagające często kosztownego leczenia, są porzucane przez nowych właścicieli. Przychodzą na świat, by cierpieć, a potem lądować w schronisku bądź umierać z głodu przy drzewie. Oczywiście wiele osób po zakupie walczy o nowego członka rodziny, ale nie ma co ukrywać, że niektórzy pozbywają się "niepotrzebnego balastu".
Myślę, że przybliżyłam chociaż troszkę problem pseudohodowli. Pieniądze, które inwestujemy w zwierzę rasowe, powinny być mądrze zagospodarowane. Nie warto dokładać do nielegalnych procederów. Jeżeli nie stać nas na taki zakup zwierząt, w schroniskach czekają inne spragnione miłości.
Warto postawić na jakość. Rodowód, który dla większości osób nie ma znaczenia, jest tego gwarantem. Hodowca w ten sposób udowadnia, że jego zwierzęta są "dobre jakościowo", charakterystyczne dla danej rasy. Nie pozwólmy, by kolejne zwierzęta cierpiały z powodu kaprysu ludzi, ale zdobytego tanim kosztem.
A jak wy zapatrujecie się na pseudohodowle? Jakie jeszcze znacie argumenty przemawiające za tym, by zniechęcić ludzi do kupowania w takich miejscach? Liczę na komentarze :)
PS. Przepraszam, że ostatnio mało piszę, ale zawirowania na uczelni oraz poza nią troszkę odebrały mi wszelki wolny czas ;) Jednak postaram się to nadrobić jak tylko wszystko się unormuje :)
6 maja 2017
Miłość do zwierząt - geneza
Hej!
Do napisania kolejnej notki natchnęła mnie sobotnia wycieczka do parku. Usiadłam na ławce i przez kilka godzin wpatrywałam się w latające i pływające ptaki oraz biegające radośnie psy. Poza tym rozmawiałam na temat tzw. dobroci serca. Doszliśmy do wnioski, że miłość do zwierząt bierze się właśnie z tej dobroci i vice versa. Te dwie rzeczy są ze sobą powiązane. Oczywiście dobroć serca ma również inne "objawy", ale jednym z fundamentalnych jej podstaw jest ciepłe podejście do futrzanych, i nie tylko takich, zwierząt.
Gdy rozmawiam z ludźmi z weterynarii, kierunków pokrewnych bądź po prostu wielbicieli innych stworzeń, widzę bijące od nich dobro. Może miałam szczęście i spotkałam właśnie takich ludzi na swojej drodze, ale wyczuwam pewną zależność. Często wśród nich są osoby aktywnie zaangażowane w pomoc społeczeństwu bądź przyrodzie. Sama chcę walczyć dla tych, których głos niknie przy szeleście pieniędzy. Pisałam jednak o tym w innym poście (Krąg Życia).
Zaczęłam się zastanawiać skąd wzięła się u mnie miłość do zwierząt, a także wypracowanie pewnych zachowań oraz priorytetów w moim życiu. Musiałam na pewno dojrzeć, by swoje kroki skierować w kierunku jaki obrałam dwa lata temu. Bałam się, bałam się jak cholera o pracę po tych studiach. O swój przyszły status finansowy. O zapełnienie rynku. Głowiłam się długo czy powinnam podążać tutaj, czy jednak iść na lekarski. Była to trudna decyzja z tego powodu, że na każdym z nich czułabym się spełniona.
Jednak, widząc nieszczęście zwierząt i ciągle powiększającą się liczbę gatunków zagrożonych wyginięciem, postanowiłam iść w kierunku w moim odczuciu cięższym. Nie wiem jak z nauką, bo zapewne na lekarskim jest tego więcej z powodu bardziej rozwiniętej medycyny ludzkiej niż zwierzęcej. Nie tutaj widzę trudność. Ciężkość tej decyzji była związana ze wszystkimi obawami jakie mi towarzyszyły od połowy liceum. Co jeżeli nie znajdę pracy w zawodzie po niezwykle wymagających, prawie sześcioletnich studiach? Co jeżeli finansowo będę nadal uzależniona od innych pomimo posiadanej pracy?
Postanowiłam jednak zaryzykować i walczyć o swoje marzenia oraz chęć pomocy zagrożonym, dzikim gatunkom. Wierzę w siebie. Wierzę w swoje zdolności oraz determinację do osiągnięcia swojego celu. Po prostu w mojej głowie brzmi tylko jedno zdanie - nie ma bata, musi ci się udać! Z tą determinacją prę do przodu na studiach.
Jednak, by dojść do tego miejsca w którym jestem, najpierw musiałam zakorzenić w sobie tę cząstkę miłości do zwierząt, która popchnęła mnie do podjęcia ryzyka. Zaczęłam zastanawiać się skąd wzięło się to coś we mnie, co ukształtowało takiego, a nie innego człowieka.
Podejrzewam, że największy wpływ na to mieli moi rodzice. Od najmłodszych lat starali się mnie "zespolić" z naturą. Często brali mnie na wycieczki do lasów. Oglądaliśmy razem zwierzęta w dzikiej naturze jak i parkach zoologicznych. Kupowali mi atlasy ze zwierzętami oraz kasety VHS na temat życia i rozwoju ssaków. Stymulowali mnie do pokochania zwierząt. Od zawsze uczyli mnie również szacunku do nich. Tłumaczyli, że zwierzęta to nie zabawki, a czujące istoty. Ja z biegiem czasu coraz bardziej to dostrzegałam, aż "wyprzedziłam" rodziców i ostatnio zostałam nazwana eko-świrem ;). Jednak nie przeszkadza mi to, a tylko bardziej pokazuje mi i utwierdza w przekonaniu, że jestem w odpowiednim dla mnie miejscu.
Poza tym od dziecka zbierałam wszystko co się rusza z ulicy do mieszkania. Rodzice pozwalali mi to trzymać, ale oby na balkonie żeby się nie rozeszło. Hodowałam więc ślimaki, żaby, mrówki i inne cuda, które udało mi się znaleźć. Dla dziecka była to niesamowita frajda.
Ponadto miłość i fascynację do zwierząt mam również we krwi. Mój ojciec zajmuje się fotografią dzikiej natury. Pamiętam jak chodził ze specjalną płachtą do kamuflażu w las, by móc zrobić zdjęcie sarenek z bliska. Potrafił godzinami chodzić po łąkach, by uchwycić przelatującego bażanta. Zdjęcia zwierząt, a przede wszystkim ptaków, zajmowały większość dysku na komputerze. Ostatnio zafascynował się fotografią owadów, więc śledzę jego postępy.
Jeżeli jesteście zainteresowani innymi zdjęciami to zapraszam: Fanpage (Facebook) Założył w zeszłym tygodniu w końcu po wielu latach próśb, więc dużo tam jeszcze nie ma, ale codziennie chodzi i fotografuje ;)
***
Wydaje mi się, że to miało decydujący wpływ na ukształtowanie pewnych cech mojego charakteru. Oczywiście środowisko również się do tego przyczyniło. Otaczając się osobami podobnymi do mnie, jeszcze bardziej to rozwijałam w sobie. Staram się jednak znaleźć równowagę i nie popadać w zbytnią skrajność. Chcę podążać swoją ścieżką, ale również cieszyć się życiem oraz przyziemnymi sprawami. Jestem po prostu młodą, niską dziewczyną, która ma marzenie uratować jak najwięcej zwierząt i zagrożonych gatunków :)
A u Was? Skąd wzięła się miłość do zwierząt? :)
17 kwietnia 2017
Krąg Życia, czyli wszyscy jesteśmy Jednością
Witam wszystkich!
Do napisania tej notki zainspirowała mnie piosenka z "Króla Lwa", bajki mojego dzieciństwa i jednej z ulubionych Disney'a. Jestem osobą, której natura jest bliska. Moim marzeniem jest ochrona dzikich zwierząt poprzez leczenie ich i działanie wraz z takimi organizacjami jak WWF czy Peta. Nie mam pojęcia czy te pragnienie się spełni, ale głęboko wierzę w to, że ciężką pracą i determinacją do tego dojdę. W razie co mam dwa plany awaryjne w głowie, ale to jedno jest tym upragnionym, wyśnionym. Może się uda i będę robić w życiu to co kocham i przeżyję je w sposób dla mnie najbardziej produktywny i pasjonujący?
Od dziecka interesowałam się zwierzętami afrykańskimi, zagrożonymi gatunkami z odległych krajów takich jak Kanada, Chiny czy Brazylia. Oglądałam i oglądam do teraz wszelkie dokumenty przyrodnicze o dziko żyjących ssakach. Staram się dowiedzieć jak najwięcej o ich życiu oraz wpływie człowieka na ich liczebność. Moją miłością są walenie, kotowate, psowate oraz wielkie ssaki lądowe. Jednak kocham tak naprawdę wszystko co się rusza i nie jest owadem czy pajęczakiem. Pod koniec wakacji mam zamiar zrobić swój pierwszy tatuaż - finwala na żebrach. Obym się nie rozmyśliła! Jednak nie to jest tematem moich przemyśleń przy wielkanocnym stole.
Czym dla mnie jest Krąg Życia?
Każdy żywy organizm, czy to zwierzę, człowiek czy roślina, rodzi się i umiera. Jego istnienie w tym ułamku sekundy dla Ziemi ma wpływ na resztę. Mogą być to pozytywne relacje jak przy istnieniu bąkojadów i nosorożców. Nawzajem pomagają sobie, chociaż są odrębnymi gatunkami, a nawet gromadami. Jeden jest najedzony, a drugi oczyszczony i zdrowy. Wpływ organizmów na siebie samych może być również negatywny. Przykładem jest wilk i ryś. Konkurują o pokarm, miejsce bytu czy rozwój. Wiedzą, że jedzenia jest zbyt mało, by mogli w wielu jednostkach żyć razem na jednym terenie.
Współistnienie, konkurencja, wspieranie czy współdziałanie istniało na świecie od zawsze i wprowadzało harmonię na świecie. Pozwalało zachować umiar w przyrodzie, balans we wszechświecie. Śmierć jednostki pozwalała wyżywić się mięsożercom, dżdżownicom bądź innym organizmom. Narodziny natomiast umożliwiały przetrwanie gatunków. Istnienie, w tym nasze ludzi, było czymś potrzebnym. Każdy miał własne zadanie, które wypełniał podczas życia oraz po śmierci.
Niestety rozwój cywilizacji zachwiał tę równowagę. Masowe zabijanie w ubojniach, wycinanie i palenie terenów milionów istnień, ludobójstwa bądź handel surowcami takimi jak kły czy rogi doprowadziło do niepewności istnienia. Człowiek rozpoczął proces prowadzący do zagłady gatunków i Ziemi. Często zadaję sobie pytanie czy nie jest już za późno? Czy jesteśmy w stanie powrócić równowagę na Ziemi, czy ludzka żądza posiadania wszystkiego sprowadzi klęskę?
Serce mi się łamie gdy słyszę o kolejnych bezsensownych śmierciach zwierząt. Gdy słyszę o ubojniach gdzie zwierzęta są traktowane gorzej niż śmieci. Gdy kolejny raz widzę filmik o psie doprowadzonym do takiego stanu, że sama już nie wierzę w jego uratowanie. Mam łzy w oczach gdy widzę zdjęcia palonych lasów, przerażonych zwierząt, bólu i cierpienia. Czuję również złość i bezsilność, widząc toczące się na świecie wojny, głód i skrajne ubóstwo. Dzieci z pękatymi brzuszkami od głodu. Schorowanych starych ludzi, umierających w samotności i zapomnieniu. Matki bite i katowane na oczach dzieci, ale mieszkające w takich krajach, że ucieczka jest praktycznie niemożliwa. To wszystko dzieje się teraz, w tej chwili i wiem, iż nie mam na to wpływu. Bezsilność staje się wtedy jeszcze gorsza.
Wiele osób w tej chwili zasugeruje mi po prostu ukrycie takich filmików na Facebooku, odwrócenie wzroku. Jednak ja usilnie będę patrzeć dalej. Chcę wiedzieć. Chcę być świadoma tego wszystkiego. Dzięki temu mam siłę, by walczyć i być może oddać cząstkę siebie, by uratować jedno życie, poprawić byt jednej rodzinie, wspomóc jeden cel.
Kiedyś byłam rozdarta pomiędzy lekarskim a weterynarią. Czułam, że pomagając, spełnię się w obu zawodach. Kręciła mnie kardiochirurgia jednak wiedziałam, iż taka misja jak wyjazd do Afryki bądź Azji to byłoby to, po którym powiedziałabym "Tak, jestem z siebie dumna. Zrobiłam wszystko co w mojej mocy i pomogłam. Te osoby mogą żyć i funkcjonować dalej. Udało mi się zachować swoją rolę w Kręgu Życia i być Jednością ze światem".
Jednym z takich fundamentalnych teledysków, które w sumie niczego nie wnoszą, ale mnie osobiście ruszają, jest ten cover:
Taka harmonia, bez względu na kolor skóry czy obyczaje, jest równowagą, którą pragnęłabym na świecie. Wiem jednak, że to nigdy nie nastąpi przez konfliktowość naszego gatunku, niemożliwość pogodzenia interesów czy skrajność poglądów. Jednak ja jestem osobą bardzo otwartą na innych, wyrozumiałą i nieoceniającą. Jest to zarówno moja zaleta jak i wada.
Jednak koniec końców wybrałam weterynarię. Postanowiłam być
Głosem tych, którzy nie mogą mówić.
Głosem tych, którzy cierpią i nie potrafią tego przekazać.
Głosem tych, którzy w sposób barbarzyński są zabijani przez kłusowników.
Głosem tych, którzy tracą swoje domy czy matki w bezsensownej pogoni za jeszcze większym bogactwem.
Głosem tych, którzy wymierają.
Postanowiłam pomóc zwierzętom,których życie w wielu przypadkach zależy od nas, ludzi. Nie wiem czy według innych jestem odpowiednim do tego człowiekiem, ale w głębi serca czuję, że tak. Pragnę uświadamiać, edukować, leczyć i walczyć o każde istnienie, które cierpi. Wiem, że psio-kocich weterynarzy jest bardzo duży. Moje oczy spoglądają w dal, na zwierzęta dzikie, wolno żyjące, ale również potrzebujące pomocy. Zagrożone pożarami, kłusownikami i atakami nieświadomych ludzi. Podziwiam VetAway za jej odwagę oraz upór w dążeniu do celu. Kibicuję z całego serca, bo wiem, że w wielu kwestiach się zgadzamy i zmierzamy ku temu samemu. A przynajmniej nasze drogi podążają w podobnym kierunku.
W jaki sposób przywrócić równowagę w swoim otoczeniu?
MEDYTACJA I JOGA
Poprzez medytację oraz jogę jesteśmy w stanie przywrócić spokój naszemu duchowi. Podczas ćwiczeń nasze myśli mogą skupiać się na wyciszaniu i odnajdywaniu prostych rozwiązań naszych problemów. Nasze ciało w tym czasie odnajduje stabilizację oraz swoje centrum. Ćwiczy prawidłowy oddech i postawę. Podczas całkowitego wyciszenia organizmu skupiamy się na sobie. Bardzo często jogini są osobami starającymi się żyć w zgodzie z naturą. Ścieżka odnajdywania równowagi w sobie pomaga w przywróceniu stabilizacji ze środowiskiem. Nawet krótka chwila w tygodniu na medytację bądź jogę pomoże zbliżyć się do naszego naturalnego nurtu życia.
NIESIENIE POMOCY
Pomoc drugiej istocie również jest jedną z fundamentalnych podstaw przywrócenia równowagi w naszym otoczeniu. Myślałeś kiedyś nad wolontariatem, ale nie byłeś pewien? Śmiało! Zawsze przyda się dodatkowa para rąk, która pomoże, ukoi, przyniesie spokój. Może poczujesz się lepiej pomagając staruszce wnieść zakupy po schodach, ustępując miejsca kobiecie z małym dzieckiem czy zabierając ranne zwierzę do azylu? Pomoc, nawet najdrobniejsza, powoduje rozszerzenie naszego istnienia. Jeden gest zmienia coś w życiu kogoś innego. Bez względu czy to człowiek czy zwierzę. Naszym jednym ruchem możemy pomóc, odciążyć, przywołać uśmiech na twarzy. Drobne uczynki przywracają naszą potrzebę bycia Jednością z otaczającym światem. Pomaga to przywrócić harmonię w nas samych i naszym otoczeniu.
OCHRONA PRZYRODY
Segregowanie śmieci, brak zanieczyszczania lasów czy wybieranie komunikacji miejskiej zamiast samochodu pomaga chronić naszą przyrodę. Człowiek musi pamiętać, że nie jest jedynym gatunkiem zamieszkującym planetę. Starajmy się dbać o to co nas otacza. Nie pozwólmy walać się śmieciom tam gdzie nie powinny. Nie wyrzucajmy zanieczyszczeń do wód czy lasów, które zamieszkują dziko żyjące zwierzęta. Nie niszczmy drzew. Nie wyrywajmy bezsensownie roślin. Nie depczmy trawników skoro obok jest chodnik. Tak niewiele trzeba, by przyczynić się do ochrony tego co nas otacza. Bo to co znajduje się wokół nas to nasz świat. Jesteśmy z nim połączeni, chociaż przez rozwój cywilizacji wypieramy to z siebie. Zatrzymajmy się, rozejrzymy wokół siebie i pomyślmy. Czy za ileś lat chcemy zapomnieć powoli widok dzikiej natury? Czy walające się śmieci mają być codziennością? Czy dewastowanie natury jest tym co słuszne?
ŚWIADOMY HANDEL I KONSUMPCJONIZM
Gdy kupujemy jedzenie, zastanówmy się nad tym skąd ono pochodzi i jak zostało stworzone. Nie będę tutaj namawiać do wegetarianizmu, lecz rozsądnych zakupów. Czasem może lepiej kupić mięso z ekologicznych ferm, gdzie zwierzęta żyją w miarę humanitarnych warunkach, a przez resztę dni jeść warzywa i owoce? Lepiej kupić coś droższego, ale rzadziej, niż przyczyniać się do masowego uboju. Zamiast codziennie posilać się mięsem, można to robić sporadycznie. Jest to zarówno zdrowsze dla organizmu jak i dla samego środowiska.
Nie należy również wspierać bezsensownej turystyki (m.in. jeżdżenie na słoniach czy fotografowanie się z młodymi tygrysami), kłusownictwa czy handlu futrem. Nie żyjemy już w czasach gdy bez tego zamarzamy. Takie rzeczy są dla mnie osobiście obrzydliwe. Noszenie na sobie zwłok, niczym trofeów, świadczy sama już nie wiem o czym. Jest to upadlanie się. Jestem stanowczo przeciwna!
To są moim zdaniem jedne z podstawowych norm do przywrócenia równowagi. Od tego należałoby zacząć zmianę, by nie doprowadzić do upadku naszej planety i pomóc jej. W końcu istnienie każdego, nawet najdrobniejszego organizmu, ma wpływ na świat. Niektórych większy, innych mniejszy, ale nie jesteśmy nic nie warci. Kiedyś nasi przodkowie to rozumieli. Teraz nasza kolej, by to zrozumieć. Nie pozwólmy odsunąć się tak daleko od natury, bo to ona jest naszą Matką, z której się wywodzimy.
26 stycznia 2017
Cyrk ze zwierzętami - perfekcyjnie ukryte okrucieństwo
Cyrk - pewnie większość z was chociaż raz w życiu w nim była. Razem z tłumem dzieci i rodziców piszczała z uciechy, oglądając popisy akrobatów, żonglerów i oswojonych zwierzątek, które robiły śmieszne sztuczki. Kolorowe, błyszczące, słodkie od waty cukrowej miejsce przyciągające rozradowane twarze ludzi. Zachęcanie w szkołach poprzez dawanie zniżek na wejście. Wspólne wyjścia klasowe na pokazy. Czy nie brzmi znajomo i fantastycznie? Tak, lecz jest jedna rzecz, która zaburza tę całą słodką idyllę. Zwierzęta, dzikie zwierzęta, maltretowane ku uciesze tłumu. Wystraszone, chore i zmuszane do przyjmowania nienaturalnych póz. Taka jest ich rzeczywistość tuż przed ludzkimi oczami, lecz pozostaje to bez odzewu.
Jak byłam dzieckiem również uczestniczyłam w tej karuzeli uciechy i pasywnym okrucieństwie. Do czasu gdy w czwartej klasie moja nauczycielka opowiedziała w jaki sposób zwierzęta cierpią. Był to dla mnie szok, ale od razu po skończonych lekcjach poszłam edukować rodziców. Powiedziałam, że już nigdy więcej nie pójdę do cyrku ze zwierzętami i moje postanowienie trwa tak do dziś. Nie chciałam nigdy więcej przyczyniać się do cierpienia stworzeń. Dużo osób poszło moim przykładem.
Jednak o co chodzi z tymi cyrkami?
POCHODZENIE, PRZETRZYMYWANIE I PODRÓŻOWANIE
Wyobraźmy sobie teraz słonia i dziką sawannę, po której się porusza. Czy wiesz ile dziennie kilometrów pokonuje ten ogromny ssak? Około 80 kilometrów! Czy wiesz na jaką długość łańcuch, którym jest przytrzymywany, pozwala mu spacerować? Góra kilka metrów... Czy jest to Twoim zdaniem naturalne i zdrowe dla słonia?
Przytoczmy kolejne zwierzęta - kotowate. Tygrysy i lwy są częstymi uczestnikami cyrków. Król zwierząt jest zwierzęciem typowo stadnym (12-30 osobników) i w takich warunkach czuje się najpewniej psychicznie. Czy wyobrażasz sobie, by cyrki przetrzymywały tyle sztuk i to w taki sposób aby mogły wyznaczyć hierarchię oraz rozwijać się prawidłowo? Natomiast tygrysy to typowe samotniki. Ich terytoria wyznaczane są w KILOMETRACH kwadratowych (60-100 dla samca i około 20 dla samicy). Zwierzęta te, w chwili przekraczania obcego terytorium, są często atakowane, nawet ze skutkiem śmiertelnym. Wyczuwanie osobnika w pobliżu wzbudza agresję, niepokój i strach o przetrwanie. Czy w cyrku, gdzie znajdują się niedaleko siebie, mogą w pełni odzyskać spokój ducha?
To teraz wyobraźmy sobie te zwierzęta znajdujące się nadal na dzikich terenach. Rozwijają się, szukają partnerów i rodzą potomstwo. I wtedy przychodzi potwór. Potwór zwany człowiekiem. Często ten potwór nazywany jest też tak przez większość społeczeństwa. To kłusownik. Zabija matkę (kość słoniowa na sprzedaż, kości kotowatych na "mikstury"), a dziecko albo trafia w niewolę i zostaje sprzedane, albo umiera lub, w najlepszym z możliwych wypadków, trafia do ośrodka gdzie jest hodowane i ponownie wypuszczane na wolność.
Kiedyś oglądałam program, bodajże "Kobieta na krańcu świata" o azylu dla orangutanów. Ludzie ci zajmują się młodymi małpkami, które straciły matki, w odzyskaniu stabilizacji i wypuszczeniu na wolność po odpowiednim przygotowaniu. Te małe istotki, porzucone dzieci, bardzo często umierają. Nie z powodu choroby, głodu czy wyniszczenia. Nie z powodu zaniedbania. Jedynym powodem ich śmierci jest poddanie. Poddanie się z powodu straty matki, która była dla nich ostoją i wszystkim. Jeden ruch kłusownika przecina cienką linię życia niewinnego zwierzęcia oraz doprowadza do głębokiej depresji i w konsekwencji kolejnej śmierci młodej małpki. Tak się dzieje u orangutanów, ale czy u innych zwierząt również? Zapewne tak. W końcu przywiązanie matka-dziecko jest najsilniejszą miłością znaną od tysięcy lat.
Popatrzmy teraz na to potomstwo sprzedawane przez kłusowników. Trafia ono do bogatych ludzi jako maskotka, świątyń gdzie ma cieszyć turystów oraz właśnie cyrków. Oczywiście nie wszystkie cyrki w ten sposób zdobywają swoje "atrakcje". Jednak jest to jedna z metod, a zwykły widz nie może zweryfikować w jaki sposób dany osobnik się znalazł właśnie pod tym konkretnym namiotem. Może urodził się od razu w niewoli? Albo trafił tam z powodu niemożności powrócenia na wolność? Tego niestety nie jest w stanie powiedzieć nikt poza właścicielem. Jednak należy liczyć się z tym, że właśnie przed oczami masz to byłe dziecko, którego siłą odebrali od konającej matki. Jesteś w stanie wtedy spojrzeć mu w oczy i nie powiedzieć "przepraszam" z powodu wstydu należenia do tego samego gatunku co ów kłusownik? Nie poczujesz ani trochę wzruszenia i smutku, widząc oczami wyobraźni jego wcześniejszy ryk bólu, z powodu widoku śmierci rodzicielki?
No dobra, to teraz pomyślmy o podróżowaniu. Większość z nas to chyba lubi. A ktoś ma może klaustrofobię? Lub inny lęk, który paraliżuje albo odwrotnie, powoduje napad histerii? Dobrze, to teraz wyobraź sobie maksymalnie skumulowany strach przez tę fobię, trwający wiele godzin. Przyjemnie? Nie sądzę. Dla dzikich zwierząt, i nie tylko, podróż w zamkniętych wozach przewozowych powoduje strach. Ogromny, ogromny strach. Hałas jazdy, stłoczenie zwierząt i feromony strachu wydobywające się z każdego osobnika. Działa to właśnie jak taki bodziec od fobii trwający w najlepsze przez całą podróż. Karuzela strachu.
TRESURA
No dobra, ale nie po to płacimy za bilety do cyrku żeby pooglądać sobie te zwierzątka wypuszczone na arenę. Przecież nie to nas bawi. Muszą robić śmieszne sztuczki. Stawanie na tylnych bądź przednich łapach, wożenie treserów czy przeskakiwanie przez obręcze. To jest właśnie to co my, ludzie, kochamy najbardziej. Skoro pieska da się nauczyć sztuczek to taki słoń, lew czy uchatka również podporządkuje się człowiekowi i ugnie kark. Tylko czy ktokolwiek zwrócił uwagę, że pies jest zwierzęciem udomowionym od tysięcy lat i w większości przypadków ma naturę uległą? Sprawia mu radość robienie sztuczek? Czy kiedykolwiek pomyślałeś, że skoro jakieś zwierzę trafia od małego do niewoli bądź się w niej rodzi, ma również naturę poddańczą? Czy jest w stanie zahamować swoje naturalne instynkty, wykształcone przez lata istnienia gatunku, bo nagle znalazło się w cyrku?
Właściciele cyrków oczywiście nie podają na zewnątrz swoich rewelacji w jaki sposób to właśnie ich treserzy potrafią ot tak przestawić zachowanie dzikiego lwa w uległego kociaka przeskakującego obręcze czy niezależnego z natury słonia na takiego co stoi na malutkim krzesełku. Udało się, więc musisz przyjść, zapłacić pieniążki i pooglądać.
Filmy, które można zobaczyć w internecie, troszkę obrazują to w jaki sposób wygląda ta tresura. Elektryczne pałki, baty czy haki są na porządku dziennym. Jak myślisz, jest to forma zabawek albo nagród za wykonanie sztuczki? Chciałbyś poczuć na własnej skórze, albo skórze swojego zwierzaka, coś takiego, by umieć zrobić coś odbiegającego w zupełności od swojej natury? Oczywiście nie wrzucam wszystkich cyrków do jednego worka, bo są również takie, które opierają swoje sztuczki na psach i tutaj może nauka komend jak w domu wystarczy. Nie mnie to oceniać. Jednak zwierzęta z natury dzikie raczej się nie ugną. No po prostu nie. Finito.
STAN ZDROWIA PSYCHICZNEGO I FIZYCZNEGO
No dobra. Skoro już opisałam pokrótce te wszystkie przyjemności to jak ci się wydaje, zwierzęta te są tam szczęśliwe? Nie mają żadnych odchyleń psychicznych? Takie ciągłe paniki spowodowane podróżą, ciasne klatki, tresura, wystawienie na arenie i ponowne podróże na pewno sprzyjają sielance życia. Dokładnie, uważam tak samo. Ale w końcu "zwierzęta nie czują", jak mawia wiele osób, więc w sumie co im szkodzi? A te filmiki, gdzie psy przebywały na grobach swoich zmarłych właścicieli, miauczenie rozdzierające serce po uratowaniu kota, ryk bólu nad ciałem zmarłego kompana lwa czy płacz foki przy nieżywym potomku to fotomontaż i nieprawda. Przeraża mnie czasem podejście niektórych ludzi.
Albo te słonie, które swoim dwutonowymi ciałami, próbują stanąć na jednej łapie albo przednich kończynach mają w stu procentach zdrowe stawy. Czy przyjmowanie nienaturalnych poz wpływa korzystnie, negatywnie czy obojętnie na ich ciało? Usiądź przez chwilę i się zastanów.
ALE CO JAK NIE CYRK?
Oczywiście, że nie trzeba rezygnować z cyrku! Jest naprawdę, naprawdę wiele, które w swoim repertuarze nie mają zwierząt. Jedynie co oglądamy to sztuczki ludzi. Jest to teatr umiejętności, widowisko wspaniałości. Takim ludziom, którzy poświęcili lata na naukę, należy się widownia, brawa i owacje. Wprawiają w zachwyt odbiorców. Powodują uczucie niemal jednoczesnego uniesienia wraz ze wznoszącym się akrobatą. Takie widowisko jest godne pochwały. Takie rozrywki powinny być zachwalane w mediach i szkołach. To sprawia radość i nie powoduje cierpienia zwierząt. Ludzie, nie bądźmy egoistami. Czas zrozumieć, że nie jesteśmy jedyni na świecie, a nasze działanie nie może powodować bólu i ranienia innych.
Jeżeli chcesz pomóc w walce przeciw wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach podpisz petycję: https://secure.avaaz.org/pl/petition/Sejm_Rzeczypospolitej_Polski_Wzywamy_do_wprowadzenia_zakazu_wykorzystywania_zwierzat_w_cyrkach/?sHoTNib
Jeżeli chcesz zobaczyć filmy pokazujące prawdziwe oblicze zwierząt w cyrku zapraszam serdecznie na STRONĘ Koalicji Cyrk Bez Zwierząt oraz ich FANPAGE na Facebooku.
Nie bierz udziału w pasywnym okrucieństwie. Krok każdego, nawet pojedynczej jednostki, powoduje powolne hamowanie tego procederu. Nie wiesz w jakim stanie psychicznym i fizycznym są zwierzęta w cyrku. Nie zgaduj, po prostu zrezygnuj.
9 stycznia 2017
AKCJA - adoptujemy z Palucha!
Witam wszystkich!
Dzisiaj przychodzę z akcją społeczną, w którą pragnę mocno się zaangażować, a mianowicie w promowanie Schroniska Na Paluchu i jego podopiecznych. Zaczynam od tego artykułu, ale na pewno na tym nie skończę. Po spędzeniu dwóch godzin na ponad dziesięciostopniowym mrozie wśród klatek i wszechogarniającego smutku, pragnę zrobić coś jeszcze, by im pomóc. Myślę, że każdy człowiek z odrobiną empatii zareagowałby w ten sam sposób. Jednak zacznijmy od początku.
Schronisko Na Paluchu mieści się w Warszawie niedaleko lotniska Chopina, zaraz obok trasy S2. Znajduje się troszkę na odludziu, a odgłos szczekających psów słychać z bardzo daleka. Ujadanie, wycie, skomlenie. Najróżniejsze próby komunikacji mówiące "proszę, weźcie mnie!".
Gdy przyjechaliśmy samochodem, by wejść, zobaczyć to na własne oczy, zrobić zdjęcia i porozmawiać, pierwsze co nas uderzyło to hałas. Z każdej klatki na terenie całego ośrodka wydobywały się rozdzierające serce skowyty zwierząt pragnących zostać w końcu zabranych do swojego własnego domu. To była pierwsza rzecz, która nas przywitała i miała nam towarzyszyć przez resztę odwiedzić. Smutna, rozdzierająca serce i przytłaczająca.
Jak wygląda samo schronisko?
Schronisko to rząd ustawionych obok siebie klatek, tworzących kilka alei. W każdej znajduje się przynajmniej jeden pies, w zależności od stopnia agresji, chorób i wielkości boksu. Na podłodze leży rozłożona słoma, a wiele psów posiada własny kocyk chroniący przed zimnem. Znajdują się też budy, w których zwierzęta mogą skryć się przed rozdzierającym, chłodnym powietrzem. Widać, że schronisko stara się zminimalizować przykre skutki mrozu. Pomieszczenia są ogrzewane, lecz zimne powietrze mimo wszystko przedostaje się przez kraty. Schronisko stara się bardzo dbać o młode psiaki, seniorów oraz osobniki krótkowłose jak i chore.
Teraz, gdy temperatura spada drastycznie poniżej zera, my możemy grzać się w cieple domu, a one pomimo ogrzewania nie są w pełni wygrzane. Nic tak przecież nie rozgrzewa jak własny, ciepły dom. Ten moment jest bardzo, bardzo ważny do przygarnięcia przyjaciela na całe życie. Szczeniaki, zwierzęta chore i seniorzy są najbardziej narażeni na skutki zimna pomimo wzmożonej ochrony. Mój pies, mający już swoje lata, po powrocie ze spaceru ledwo dochodzi do siebie po przemarznięciu kości i stawów. Nie chcę nawet myśleć co schroniskowe staruszki czują, stojąc cały czas w mrozie i ujadając z prośbą o ciepły kąt u kogoś w domu.
Koty w schronisku żyją w trochę większych "luksusach". Jako, że nie miałyby szans na przeżycie w boksach na zewnątrz, przeznaczono dla nich malutki budynek. Tam przerażone i niepewne siedzą zamknięte w pokojach albo klatkach. Gdy przyszłam, na miejscu były tylko dwie kotki. Kilka jeszcze przebywało w szpitalu. W okresie wakacyjnym liczba wzrasta tak bardzo, że nie ma dla nich zwyczajnie miejsca w klatkach i pomieszczeniach. Moja wizyta zbiegła się akurat z dobrym czasem dla kociaków. Dzień wcześniej kilka z nich trafiło do nowego domu, dając nadzieję dla reszty, a szczególnie jednej kici. Moringa (pierwsze trzy zdjęcia), jest już tutaj od pół roku. Zazwyczaj jest to czas przełomowy dla kotów, bo zasypiają i już się nie budzą, przytłoczone ogromem stresu spowodowanym przebywaniem w schronisku. Dla niej jest jeszcze nadzieja, ale jak długo jej serduszko będzie biło, by w końcu doczekać się swojego człowieka? Czy to z powodu cukrzycy, na którą cierpi, nikt jeszcze jej nie przygarnął? Przecież ta choroba w ogóle nie przeszkadza w posiadaniu tego maleństwa, a dla niej czas się kończy. Nie wiadomo czy wytrzyma dalsze stresy związane z przebywaniem w schronisku. Znajdzie się ktoś kto ulituje się nad Moringą i przygarnie do ciepłego domu?
W schronisku macie pełną gamę zwierzaków do adopcji. Od małych po średnie do bardzo dużych osobników. Znajdziecie zarówno szczeniaki, kociaki, młode psy, koty, dojrzałe osobniki, a nawet totalne staruszki. Każdy ma własny charakter. Każdego cechuje unikatowa historia, zazwyczaj daleka od szczęścia. Każdy może pochwalić się sobą jako książką o zupełnie innej treści. Każdy jest inny. Każdy z nich zasługuje na ciepły dom i rękę, która zamiast bić będzie głaskać, zamiast karać będzie karmić. Każdy z nich czeka na swojego człowieka, zrywając się na łapki, by prezentować siebie z jak najlepszej strony.
Słyszałam, że zwierzęta ze schroniska są najlepszymi przyjaciółmi i jestem pewna, iż jest to stuprocentową prawdą. Wdzięczność, którą okazują, to ogromna fala miłości oraz szczęścia. Ja posiadam psa, który otarł się o śmierć. Ktoś wyrzucił go przy stacji benzynowej podczas wakacji i uciekł. Gdyby nie dobre serce mojego ojca zapewne zginąłby z głodu. Miał zaledwie kilka miesięcy i wystające wszystkie kosteczki. Po dziś dzień każdy ruch w jego stronę, każdy ciepły gest przyjmuje z podwójną radością. Pewnie już nie pamięta, ale instynktownie wie, że ważna jest wdzięczność. Okazuje ją więc jak tylko potrafi na swoich krótkich łapkach.
Ogromny ukłon i podziękowanie należy się wolontariuszom schroniska. Nie bacząc na chłód, niepogodę, zmęczenie czy gorszy czas przychodzą. Przychodzą, zapinają psiaki na smycz i idą, dając im namiastkę ludzkiej dobroci. Głaszczą, mówią ciepłym głosem i dodają otuchy. Starają się przelać całą miłość podczas tej chwili wspólnego spaceru. Walczą o każdego zwierzaka, by ten nie poddał się i czekał. Czekał na swoją szansę znalezienia ciepłego domu gdzie to w końcu on będzie mógł dawać radość i szczęście.
Przedstawię wam jednego z psiaków, który z daleka przypomina ogromnego misia i czeka na swojego pana, który pozwoli mu na wspólny, aktywny wypoczynek. Proszę Państwa, oto BYŚ (dwa ostatnie zdjęcia). Bardzo, bardzo pilnie potrzebuje domu. Jest niezwykle aktywnym, żywiołowym psem o pięknej, gładkiej sierści. Tuli się, jest bardzo chętny do głaskania. Czy ktoś potrafiłby mu odmówić? Nie sądzę :) Gdy tylko go ujrzałam, zapragnęłam go mieć. Niestety posiadanie dwóch kotów przekreśliło tę możliwość ze względu na stosunek do nich, więc wzięłam sobie za honor wypromowanie chłopaka. No powiedzcie, czyż nie jest piękny?
Najważniejsze informacje:
strona główna schroniska: http://www.napaluchu.waw.pl/
kącik adopcyjny: http://www.napaluchu.waw.pl/czekam_na_ciebie/
czego potrzebują: http://www.napaluchu.waw.pl/czego_potrzebujemy/
Zróbmy wszystko, by ten widok:
Zamienić na ten:
Jeżeli masz możliwość, udostępnij na Facebooku post, by dotarł do jak największej liczby osób. Dzięki temu zwiększa się szansa adopcji, zmniejsza cierpienie zwierząt i ich niepewny los. Pomóż odmienić ich los.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































